Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bliska Sztuka
Wszelkie prawa zastrzeżone Proszę pisać do mnie: natrio@gazeta.pl |
czwartek, 24 listopada 2011
dziennik - zaległości
2011.11.18 dziwny dzień. zaprzęgam się do Romantycznego Wózka Jerzego Beresia, przed wieczorem, na Rynku. ogniska. jestem świadkiem, jestem blisko, jestem przy. pomagam układać stertę polan, ugniatam gazetę, Jerzy zapala ogień 'nadziei'. Kraków, moja nadzieja, moja praca, mój Kraków. ognisko miłości, patrzę na płomienie – hipnoza: są życiem, żyją, są światłem, ciepłem. dom. nadzieja. miłość. ogień pali, jest sam dla siebie, niedostępny, wprost, dla dotyku. ognisko prawdy – pali się najszybciej. słucham później rozmowy Artura (Tajbera) z Jerzym, w Bunkrze. Kraków to oni, przez chwilę czuję się obco.
2011.11.19 wysyłam idiotyczny list, odpowiedź na list. niepotrzebny. milczenie, często, jest najlepszą odpowiedzią
2011.11.20 cały dzień śpię, odsypianie tygodnia – wieczorem idę do Bunkra, na Audio-Art. głupio mi, słyszę pomysły na istnienie w dźwięku znane mi, moje stare doświadczenia, ha ! jeszcze z dzieciństwa, wczesnej młodości. mści się brak 'grupy odniesienia'. zadziwiająco były to świadome poszukiwania – generatory ze starego radia, później cięta taśma magnetofonowa – poza naśladownictwem, poza szukaniem znanego – czyste doświadczanie.
2011.11.21 dostaję odpowiedź na moją odpowiedź, zostaję ukarany, za głupotę nie milczenia. wysyłam pusty list, choć nadawca informuje, że wyrzuca moje listy do kosza. otrząsam się ze zdziwienia,Królowa jest naga !
piątek, 18 listopada 2011
ostatnia kawa
cukier, kawa, krople pomarańczowego aromatu do ciast. obcęgi, do przecinania drutu, menażka z nierdzewnej blachy - czajnik. odrobiłem zaległości w zarabianiu, praca nad skryptami, - na szczęście przychodzą błędy, jest ciekawie, bez poczucia, że to dopust. zielone tło, choć to bluebox - kręciliśmy z R. rozmowę mnie z mnę, do porto folitto. echhh - prawie dobrze, obrazy zostaną, głos nagram w nocy.
na wykładzie, dla studentów Rzeźby, nie było tłumów, ale było aktywnie, nie spali, mówili, nawet pytali. właściwie to pełne zaskoczenie,zwłaszcza pomysł B. o rzeźbie ze świateł, wirtualnej, mirażu. ciekawa intuicja, a i pomysł na ożywienie, bo też i żywą rzeźbię mieli wymyślić.
wieczorem wracałem via Bunkier, spotkałem Marka Ch., dostałem zaproszenie na Audio-Art. jak zwykle życzliwy, uśmiechnięty.
jestem nazbyt zmęczony żeby zasnąć, rozczochrany niepokojami, zaniedbaniami - drobnymi i poważniejszymi,czas jest zawsze na sprawy pilne, na ważne tylko niekiedy.
myśli o. - już wcale nie same z siebie, szukam ich, szukam w nich ładu, chcę ogarnąć je, i albo złapać się na obsesji, albo sprawić by doprowadziły do rozumu, sensu. miłość to najokrutniejsze piękno, całkiem poza nami, całkiem od nas niezależne, a przecież w samym środku nas. kawa pachnie ciastem, pomarańczowym, powietrze przez szpary w oknie - mroźne, prawie zimowe.
Jutro, znaczy w piątek, Jerzy Bereś, na Rynku, idę na Sczepańską, do pomocy. parę tygodni temu rozmawialiśmy w Bunkrze, przy dużej kawie i kieliszku wódki. wieści o jego złym stanie są stanowczo przesadzone. opowiadał o Kantorze, wiele ciekawych, nie znanych epizodów. doskonała pamięć, orientacja, wielce zacny człowiek, i młody, bez reszty.
czwartek, 17 listopada 2011
Bytom
dzień, miniony (przed kwadransem jeszcze był) cały prawie w Bytomiu. siedem godzin drogi do i z, w tym godzina w uroczym tramwaju z Katowic do B, 5 godzin zegarowych zajęć. miejsce magiczne, spokojne - i młodzi, otwarci ludzie. to prowincja, obrzeże - internet, głównie, zatarł różnice - myślą wcale nie inaczej niż krakowska studenteria, a mniej w nich arogancji, owczego pędu. lubię tam być.
wieczorem przyszedł R. rozmawialiśmy, nawet długo. chyba dobrze na siebie działamy, mówi, że pomogłem, a to on pomaga, choćby tym, ze jest. jutro (dzisiaj !) kręcimy w IM materiał do portfolio. kurde, ale nazwa. zaglądam co chwilę do skrzynki, otwieram. nie przysłała, nawet krótkiego listu, cisza, a czuję zakłócenia, całe pasma fal. jeszcze parę kropli wiśniówki, przyniósł R. przerywam ich przełykaniem złe myśli. spać, nie chcę, ale to najlepszy sposób na uspokojenie. od rana wykład, na Rzeźbie, pora gestapowska.
środa, 16 listopada 2011
dziennik
tak, będę pisał dziennik, tu - systematycznie, codziennie - dla zapamiętań,dla odkładania chwil, dla scalania czasu.
dzisiaj - nic prawie, dzień łagodny, nie wychodziłem. drobne prace dla npsk, jeszcze drobniejsze nad brain-book. jakoś nerwowo, dziwnie, niby spokój, a podszyty piętnem niepewności. więcej znacznie w nocy, po 10 PM, czas z pewnością nie jest liniowy ! cały czas też i myśli o, przygnębiające, smutne, wydaje się, że wszystko już wiem, że pewność, ale niesmak, poczucie idiotycznego odrzucenia, bez skargi to, - poczucie winy, odpowiadamy za to, jak nas mają, widzą. myślimy o ludziach dobrze, miło, nie z naszej szlachetności, często, - tak bezpieczniej. i choć to wiadome, oczywiste, banał, i tak wpadamy w sidła dobrotliwości własnej. miałem też miłe zjawy, z zimy, jakby już grudzień był, biały, przed Wigilią - dychotomiczne dosyć, około 20 grudnia ma zapaść decyzja w sprawie przewodu, pewno to jest powodem niepokoju - dużo jeszcze pracy, formalności. znak dnia ? nie potrafię znaleźć. w słoju zostało jeszcze trochę wody z cukrem, na poranną kawę. jadę o 7 do Bytomia. bardzo mili ludzie, będziemy 'kręcić' scenę, do ćwiczenia montażu. chcę im pokazać zupełnie inne myślenie o video, nie to, znane, narracyjne, literackie, chcę otworzyć im wyobraźnie na tworzenie przestrzeni widzenia, przestrzeni akcji - poza estetycznym myśleniem. bardzo lubię te zajęcia, przekonuję się jak wiele w moim myśleniu otwartości wziętej z myślenia o matematyce
poniedziałek, 24 października 2011
Keith Jarrett - Don't Worry 'Bout Me
przepraszam za złe,za jesień - nie gniewaj, nie trzeba,to głupie. Przepraszam, za mgłę, znikaniem jest - wracaniem też, zwłaszcza pod wieczór, na Gołębiej. Pozwól, proszę, zapomnieć i wyjść, i wrócić raz, jeden, jeszcze przed dniem, jeszcze w ciszy - przed pierwszym tramwajem. Pozwól, proszę, zostać w mgle, jest ledwie, i prawie mnie widać, i prawie mnie nie ma, zgarbiona sylwetka, zgęstnienie pary wodnej. W niej dobrze jest być, jak rozmazanie obrazu za lustrem - nie kusi już gniew, i pamięć też jest nie potrzebna. Mgła jest, przecież, tylko z powietrza - nic w niej,to i mnie nie znajdę. Pozwól w niej być: bez gniewu i bez deszczu, niech będzie jak parasol, bym mógł w niej stać i nie czekać aż skończy się październik, nie czekać na jeszcze jeden krok, nie iść, a stać, być i nie zauważać, i pozwól na jedno tylko czekanie - nie gniewaj, nie rzeczywiste ani upiornie dosadne, pozwól mi czekać na Ciebie, wystarczy mi, że wejdziesz w mgłę, będziemy mogli oboje zapomnieć. ___________________________
Keith Jarrett - Don't Worry 'Bout Me
czwartek, 20 października 2011
na Karmelickiej
Szanowna Pani A. Kim Pani jest ? Listy do Pani wkładałem w koperty, nie zaadresowane – nie znam Pani imienia, nazwiska, a adres, który znam, nazbyt nieszczegółowy: Kraków – Stare Miasto. Nie wiem czy mnie Pani kojarzy, pamięta – rozmawialiśmy, wcale nie krótko, zeszłej zimy. Siedziała Pani samotnie w Bunkrze, było po północy, było zimno. Zapytałaś czy mogę dać chwilę rozmowy, że nie chcesz być sama. Małe kieliszki wiśniówki, opowiadałaś o zimie z dzieciństwa, o białym domu, o kaflowym piecu w kuchni. Słuchałem Pani ciepłego głosu, - prawie jak śpiew, cichy. Zostaliśmy do końca, ostatni nie pusty stolik. Padał śnieg, szliśmy Szewską, przed samym Rynkiem objęłaś mnie mocno, powiedziałaś, że mam Cię zabrać, tam, do białego domu. Uciekłaś, biegłaś, krzyknęłaś, że tu mieszkasz, blisko, że mnie znajdziesz. Przez całą resztę zimy czekałem na Panią, w Bunkrze, na Rynku przed Szewską – zmieniałem pory, czasami czekałem całymi godzinami , czasami zdawało się, że przyjdziesz, że przed chwilą byłaś. Koperty wrzuciłem do skrzynki, na Gołębiej. Wczoraj Widziałem Panią na Karmelickiej.
czwartek, 06 października 2011
zmyślenie myśli
A., szedłem wczoraj Bzowską, do Radia, mijałem Szlak. Bezpiecznie było w drodze do, zostawiałem Pani dom za plecami, żeby nie spojrzeć wystarczyło nie odwrócić głowy. W drodze z zamknąłem oczy, nie spojrzałem. Ciepło było, jesiennie już, przypomniała niedziela z zeszłego roku, z października, Stolarska. Być może nie mieszka Pani już tam, nie ważne, nie tyle obawiałem spotkania, co przypomnień. Nie wiem czy jesteś już w Krakowie, intuicja, kiedyś niezawodna, miesza się z uciekaniem od zobaczenia Ciebie. Nie wiem też czy unikanie go jest irracjonalne, czy nie ma w tym banału żegnania z resztką złudzeń. Podobno pytała Pani o mnie w księgarni, tak wynikało z opisu, pan T. wspomniał tylko o tym, krótko, nie dopytywałem – by nie dowiedzieć się, ze to nie Ty. Intensywnie pracuję, a jeszcze więcej przede mną, wielki krok, wielkie nadzieje, i zdaje się jakbym i to robił dla Pani, choćby i dla odsunięcia widzenia mnie porażonego, złamanego. Tak pewnie było, instynkt życia, szczęśliwy przypadek sprawił, że jestem. Ostatnia kawa, dwie godziny snu, i praca. Chyba nie wyobrażam sobie swojego życia bez kochania Ciebie, tak, jak wyobraziłem już bez Ciebie życie. Potrafię już wysyłać spokojne myśli, i nawet nie śmieję się już z naiwnego przeświadczenia, że chronią Ciebie, oddalają złe licho. Zaczynam chcieć byś albo już nic nie pamiętała, albo żebym stał się postacią wymyśloną, tak, jak i Ty dla mnie się nią stajesz. Coraz mocniej kocham też i siebie, i życie.
p.s. wczoraj miałem niezwykle silne doświadczenie stwarzania, ułożyłem niemal cały projekt, w prostą, intuicyjną myśl – ta stworzyła przestrzeń dla nowych pytań, mam przeczucie, ze jestem bardzo blisko odkrycia czegoś niezwykle ciekawego.
wtorek, 04 października 2011
klatki czasu
od paru dni, o tej samej porze, przychodzę do Bunkra. Tuż przed szesnastą. Siadam w tym samym miejscu – w połowie sali, przy foliowych oknach. Klatki filmu – chwile z tuż przed szesnastą łączą się w jeden, ciągły, czas. Jest jeszcze zieleń i jej łudzenie (w prześwietleniach liści żółć zdaje się być jedynie zasłonecznieniem zieleni). Krakowska mgła – smugi światła i owadzi balet, taniec na koniec sezonu. Kilka klatek wstecz, przy stoliku (w ogródku Bunkra, tuż przede mną) siedzi pan w czapce i piękna Pani, grają w szachy, piją wodę w wielkich szklankach. Lustra wodne, światło z nich białe, ostre, jakby sama woda była jego źródłem, z zapamiętania czerwca, lipca, sierpnia.
Podobno jest Pani w Stolicy, nie szukam już Ciebie, całe lata minęły od naszego rozstania.
poniedziałek, 26 września 2011
wiara
Ja, ocalały z wojen o radość, ulotność i świeżość weteran potyczek z sobą o siebie wierzę, niezmiennie i pewnie że jeszcze jestem że jeszcze jest lekkość że maj jest czerwcem że w każdej pogodzie jest dzień i powietrze
wierzę, że jesteś że przyjdziesz że będziesz zwyczajnie dotykam policzkiem Twoje czoło wiatr pachnie kwietniem Twoim szamponem nie musi się zdarzać nie musi mijać nie musi teraz być na zawsze na zawsze znaczy przecież teraz
wierzę w jestem wierzę w jesteś wierzę, że byłaś, choć nigdy nie czułem wierzę, że nie ma życia bez Ciebie Miłości moja do życia !
sobota, 24 września 2011
list do Pani, która na czas nie zdurniała
Szanowna Pani na bezdurno piszę, bo wieczór już poszedł, noc wlazła za lampę chcę wyjść na miasto, do cichej, nie nazbyt bezludnej kawiarni kieliszek wiśniówki, ołówek i kartka - głupią się nie zda, gdy pustą zostanie napiszę jednak pół zdania, półgłupio będzie wyślę ją Pani, podziwiać będziesz - na zmianę - idiotę, co pół zdania skreślił i mądrość, nie zapisaną Świt późno przyjdzie, bo jesień kieliszek wyschnie, kreski ołówka znikną - na powrót kartka pusta będzie w całości mądrą przeczytasz nazajutrz Dobrze, żeś Pani nie zdurniała jak widzisz krzta myśli mądrej z niczego rodzić się może
środa, 21 września 2011
środa, 14 września 2011
ławka przy Barbakanie
Żal mi na złość, gdy budziłaś mnie żalem swojej bezsenności, żal na tłumienie czułości, tkliwości, gdy śmiałaś z niej, a przecież tylko z lęku, że zmyślona, udawana. Żal, że nie zatrzymałem wszystkich obrazów, zwyczajnie prostych radości. Żal, że nie pamiętam każdego kroku na drodze do Skarpy, żal, ze nie pamiętam każdego Pani słowa, żal, że spaliłem listy, fotografie. Im żal mocniej się żali, tym wierniej przypominasz, stajesz, niemal realnie, tuż, - zdaje się, że objąć Cię mogę, wtulić, - głos Twój słyszę i żal od tego większy, bo to jakbyś była, a licho złe Cię zabierało w czarną dziurę, byłość. Nie może żal mi być, że pusto, nijako bez Pani, nie może żalu być, ze lato przeszło, jakby go nie było, boć to Pani czas był dobry, boś uwolniła ode mnie, bez żalu. Żalu nie nazywam już żalem, wraca mnie do Ciebie, złudnie, ale jesteś, i choć jesień już prawie, siadam z Tobą na ławce, w kwietniu, czytasz książkę z Łaciny, i czuję, jak kładziesz stopy na moim kolanie. spotyka nie
Dzisiaj był uzupełniający egzamin do Akademii Lirycznego Rozwoju, pewien byłem, że zdawać Pani będzie, że zobaczę Panią, a być musiałem, ogłoszono zebranie kadry, tuż po egzaminie. Czyżby przez moją nikczemność zrezygnowałaś ? Dziwna to myśl była, i o spotkaniu, i spotykaniu częstym - lękliwa, a dokuczliwa, niezrozumiała. Patrzyłem z okien Akademii na drzewa, żółte liście układały się w mozaikę, już bez złudzenia, że to od suszy, a nie od jesieni. Wracałem prze Bracką, szukałem Pani przy stolikach Prowincji.
piątek, 09 września 2011
pamięć wzrokowa
Siedzę w Bunkrze, na podeście, w samym rogu sali. Planty do połowy zasłonięte folią, ta ociepla światło, słoneczni je, czyste złudzenie, cofnięcie widzenia do lipca. Obraz zakurzony, podpisany przez czas, że to niby z fotoplastikonu migawka, widokówka 3D z lata. W końcu sali widać krajobraz bez folii – czysty, zimny prawie, teraźniejszy. Przemierzają ludzie, ich sylwetki, drogę przed Bunkrem, część jej za folią, część jej z teraz, nie przegrodzoną. Od września do lipca, od lipca do września. Bezwiedna dla nich podróż w czasie. Wyszło słońce, znad Bagateli, folia stała się niewidzialna, zniknęła w świetle jasnym, czas za nią zrównał się z czasem przed nią, wrócił cały do czerwca. Patrzę na ludzi, ich sylwetki, pamięć wzrokowa szuka Pani, znajduje, w dziwnych szczegółach, kształtach, Krew gwałtem napływa do skroni, zatrzymuje się, złudzenie ma stanąć w czasie, jakby przestać miało być złudzeniem. Jeszcze połowa kieliszka wiśniówki. w drzwiach
Wychodzę do miasta, niniejszą inskrypcję w drzwiach zostawiam, swoich, w kopercie, bez adresata. Już mniej lęku z myśli o zobaczeniu Pani, więcej tam coraz wstydu, poczucia winy, jesiennej melancholijki. Równie nieprawdopodobne nasze spotkanie, choć miasto to małe, jak Pani stanięcie przed drzwiami, przed kopertą, otworzenie jej, czytanie o nieprawdopodobnym. Dopijam poranną kawę, zbieram możliwe obrazy, zdania, gesty. Jest miłość, w jakiś dziwnie banalny, potoczny sposób, alegorią życia, choć równie jak i ono nie jest poznawalna, jest to za sprawą odczuwania śmierci, nie, nie samego umierania, a śmierci właśnie. Ostateczność, koniec, nic, próżnia,- to śmierci plony, poza możliwością, oczywistą, odczucia, zrozumienia - jest śmierć, rozum nie żyje; jest życie, śmierć jeszcze nie ożyła. Umarcie miłości zdaje się być odczuwalne, sprawdzalne, nadal żyjemy ! Nic z tego, wiemy tylko, że jej nie ma, wśród żywych miłości, nie rozumiemy jednak, nie czujemy jej zimna, być może dlatego, że umarła też część nas, ta, która miłość tworzyła, czuła. Na Plantach będą zielone jeszcze drzewa.
czwartek, 08 września 2011
traktat
o Pierdoleniu.
Moje niespełnienie, nie rozczarowanie, czy też zniechęcenie, a niespełnienie, w istocie, bo samo Pierdolenie, Rżnięcie, Jebanie, jest dla niespełniania, ale też i dla spełnienia niespełniania właśnie. Spełnianie niespełnień. Moje marzenie, śnienie o spełnieniu niespełniania, o dotyku nie dającym się spełnić, o rozmowie dotyku z dotykiem, nie zamkniętej w geście, zwyczaju czy też nachalności chuci. Pożądanie, dziwne słowo, paskudny derywat, jakby żądanie miało sens najwyższy. Zmylenie żądania z przyjęciem bezgranicznego zaufania, oddania się rozmowie dotyku z dotykiem. Ha ! wymyślono uległość, zniewolenie. Jakże łatwo pozór za prawdę brać ! Nie chcę byś niewolnicą się czuła, o Piękna, nie chcę byś czekała na upodlenie, nie chce byś brutalność za siłę brała ! Chcesz być moja ? chcesz czuć dominację ? moja ? Czemu ? Z niepokojem walczyć ja nie chcę, on jest naturą życia, Ty, Miła, uciekasz w uległość, łączysz ją z zakochaniem, energią scalenia, Ty żądasz żądania, Ty nie chcesz walki ze mną o miłość, Ty od niepewności uciekasz ! Kobieto, myśli niespokojna, Marzenie moje o chwili za wieczność, tajemnico Tajemnic, cóż się takiego stało, że oddać się nie chcesz niepokojom ? rzucić nie chcesz w niepewność, w kochanie bez granic ? Marność dostępności, substytut podły. Uciekasz w nagłość, w jątrzenie, bylejaką perwersję, karmienie zazdrością, złem, bólem, w chorobę zniknieniem ! Miłość boli, sama z siebie, bo jest i jej nie ma, bo nie da się zatrzymać, zawłaszczyć, bo dzika jest, dwa w jednym – ból z ukojeniem. Miłości nie chcesz, wolisz łóżko, nie chcesz kochania, wolała byś podziwiać, uznać żem wyjątkowy, wspaniały, poetyczny, niedostępny, za pomnik mnie chcesz, za wielkie, wspaniałe Pierdolenie ! Miłości nie chcesz, subtelności boisz, ze wstydu, że o rżnięciu marzysz ! Do Diabła ! i ja o niczym innym nie marzę ! Wejść w Ciebie chcę, wulgarnie niemal, bez reszty, bezwstydnie całkiem ! I czuć chcę pierwotnie, zwyczajnie, bez tchu, a ze zdziwieniem, że jesteś, że jestem. Cóż za pomysł, nie wiem czy całkiem współczesny, by to, co z uniesienia, święta, czekania, miłości - kretyńsko 'seksem' nazwać i uprawiać, jak ziemię – tę jednak dla siły rodzenia ludzie uprawiają, Ty zaś z nudów chcesz bym Cię jebał, targał, a później spodnie założył i wyszedł, byś mogła spokojnie o sukcesji życia myśleć. Czy tylko taka to między nami różnica, że ja niepokój znam, że wiem o nim wszystko, że jestem mimo, bo to gra z życiem ? a Ty zaś pewności chcesz, bytu rozkosznego, przymilnie chcesz zbliżyć się do łaski istnienia, nadziei, że jeśli przez chwilę pewna będziesz, żeś we władzy czyjejś, to władzę nad życiem posiądziesz. Za słabość bierzesz moje rozkochanie, mylisz je z błaganiem, żebraczym trudem, a ja tylko proszę, nie Ciebie, a chwilę, by była, bo bo ona jest sensem, bo znika, jak całe życie. Chcesz złudzeń, miraży, a pewnaś, ze to pewność, fundamenta ! ostoja, gwarancja, a to gówno, nic więcej.
Kocham Cie, Kobieto, wkrótce uznasz za prawdę, to, co bajaniem się zdawało, uwierzysz, że pewność niepewności jest pięknem, istnieniem najpełniejszym, że wieść o spokoju życia jedynie dla opłacalności wymyślono, dla sprzedawania złudzeń, uwierzysz, że nasycić się sobą nigdy nie zdołamy, że spełnienie niespełnień i Twoim jest spełnieniem !
zmylenia
To i wróciła Pani do miasta, wiem, albo zdawało się, zmyliło, złowieszczo. Tuż przed południem widziano Panią, jak czytasz tabliczki w Muzeum Znalezionych Listów. Dopisała Pani zdanie w księdze gości, albo nie Pani to, tylko litery podobne, albo nie Pani to była, tylko złośliwie zmyślono obecność. Paranoiczne myślenie, bezrozumne, z rozpaczy, logos tam zawsze dowodem spisku, pewność początkiem wątpienia. Z obsesji czystej myśleć paranoicznie można, może też i bezsilność rozumu paranoją się zdawać. Napisałaś, że kochasz innego, niż ja, Pana, śmiesznie, ale zakłucie poczułem, idiotyczne. Szczęśliwa Pani, znam to uczucie, przeszłe zdaje się koszmarem, zdziwieniem, że być mogło. I jak tak czuję siebie, śmiesznego, co rzucił się w spełnianie racjonalności, elementarnego bytu, płynności doby, dostępności środków, na koncie. Nic bardziej ze mną sprzecznego, zamach na siebie uknułem, rzuciłem się w nie siebie, w mężczyznę silnego, pewnego, zasobnego. Ja ze słabości jestem, dla niej żyję, ona jest racją, ona siły wymaga, stawania na przekór, wbrew rozsądkowi. Złe to było, jak każdy zamach, jak każde zabójstwo, bo zabiłem siebie, na chwilę, na jedno krótkie zaśnięcie. Był jeden cios, tragikomiczny, w samą fizyczność, zwykłe tchnienie, ale wcześniej, od samego (tu, do miasta) przyjechania, zabijałem siebie, znikałem, i dla Pani, choć to niby dla Ciebie było. Wracam do siebie, powoli, jeszcze nie śmiało, jeszcze nie całkiem wiara, ale już bliżej mi, niż dalej. Kocham Panią, wcale przestać nie chcę, nie czekam, wiem, że nie przyjdziesz, ja i Pani to sprzeczność dla rozumu, pięknie było szukać zaistnienia, absurdu czystego, jak ta połać piaskowa pod skarpą, co wyspą na oceanie Bizancjum się zdawała, a wtedy byłaś, i ja byłem, bo żadne z nas w rozsądek się nie wikłało, w życiowość zwykłą. Mój grzech to, moje zaniedbanie, ułomne wysilenie, ja, o głupoto(!) chciałem siebie sianem wypchać, jak zmarłe zwierzę. Wybacz mi, Pani, czas przyjdzie kiedyś, może tuż przed końcem, moim, przy stoliku usiądziemy, z kawą, książkami, komputerem, z myślami nowymi, na krótko, ale prawdziwie, wyda się nam, że dom nasz to świat cały, nie jedno mieszkanie, nie rok prawie cały, a chwila, bo ta nieskończona, jak wiesz, bez planu, czysta, nie chciwa. Jeszcze kawa w filiżance, nowej, na spodku tylko jedna plama, kropla z łyżeczki, myśle o zdaniu, na koniec, ale przecież nie ma końca, początku nie było, nie mogę kochać przestać Pani, boś częścią mnie, bo całą Ciebie, ja, zmyśliłem !
środa, 07 września 2011
Efemeryda
Jesiennie już, siedzę w Bunkrze, z B. Zdradliwe podmuchy ciepła, że lato niby jeszcze. Siedzimy w końcu sali, Słoneczna Polana z perspektywy okna (choć okien w Bunkrze nie ma), nie jak z brzegu podestu, z jej samej środka, z prawiedotykaniem trawy - jakby widziana w czasie byłym, z lata. Zielone drzewa, żółcienie skrywane przez światło, jak nie z jesieni, a od prześwietlenia liści. Wybiegam do października, z niecierpliwości, miast być w teraz, cieszyć, że znaki sierpnia jeszcze, uciekam w przeszłą przyszłość, w spotkania z Panią, na Prowincji - po wiadomości z telefonu, że nie chcesz już samotni, pod Bagatelą - po lekcjach francuskiego, w Eszewerii – po wpatrzeniu w światło z burzowej chmury. Nie idę do domu, do budzenia się przy Pani, do lampy przy fotelu - nazbyt niedorzeczne.
Za polaną głębia lasu, światło ostre, ale mniej go coraz. Efemeryczne kończenie się lata, z napadami zimnych dni, powrotami ciepła, - niespokojne, lękliwe, nie oczywiste jak wyczerpywanie cukiernicy, przygaszanie światła, nieprzewidywalne, absurdalnie bez końca, a samo w sobie jako końca obwieszczenie. Siedzę już sam, asfalt na plantach jak rzeka, od Bunkra do samej Bagateli.
poniedziałek, 05 września 2011
bez koperty
zostawiła Pani w drzwiach list – zimny, okrutny, nie z Pani myśli, nie z tych, co znałem, czytałem, słyszałem, przeczuwałem. Znaczy jest Pani w mieście ? Dlaczego nie zostawiasz mnie obojętności swojej ? Pomroki zdają się być światłem.
niedziela, 04 września 2011
pora na kawę
Pozamieniałem dzień z nocą, doszczętnie już, 4 rano - koniec nocy, to i kawę piję, bo to zamiana niekonsekwentna. Podobno jest rakieta, wojenna, którą wojownicy stawiać muszą do góry nogami, stawiają też i tabliczkę: rakietę X stawiamy górą do dołu, dołem do góry – w tym celu dół rakiety oznaczono napisem 'góra', a górę rakiety napisem 'dół' Nie potrafię uwierzyć, ze Pani mnie już nie kocha, że nie tęskni, że tylko to uzależnienie, że uciec Pani musiała. Nie wierzę. Już wrzesień, niebawem zjedziesz do miasta, i wiem, ze zrobi Pani wszystko, bym uwierzył, choć absurd to, bo kochasz mnie, a wiesz, żeś więcej dla mnie niż ja sam. Jak rakietę ustawić ? boć po to zamieniono napisy, by stanęła normalnie, gdy do góry nogami ją położymy.
sobota, 03 września 2011
cynamon
z pijanej nocy wracałem, do Pani, a przecież to tylko do listu, do pisania do Pani. Dniało, szedłem Józefa, do Szerokiej, w mój zakątek Wysokiej Boźnicy. Nigdy tam z Panią nie byłem, a zdaje się jakbym to właśnie od Ciebie o nim słyszał, jakbyśmy wiele razy przy niej byli, i słyszę jak opowiadasz o zadaszeniu, odbudowie, historii ścian kamieniczek. Spieszyłem, żeby nie zapomnieć listu, żeby zdania się nie zgubiły, nie zmieszały, spieszyłem, żeby noc nie uciekła, trzeźwy dzień nie przyszedł, trzeźwy rozsądek, skończenie. Kocham Ciebie, i głośno to powtarzam w pijanych widach tylko, trzeźwość skazuje mnie na rozum, na zimne Twoje, Pani, popatrzenie. Piję kawę, z Twoim jeszcze cynamonem, na fotel nie patrzę, zapaliłem przy nim lampę, kątem oka cień widzę, niech zdaje się, że to Pani.
środa, 31 sierpnia 2011
pokora
Gogo siedział na ławce, na Plantach, przy Sławkowskiej, liczył żółte liście.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
niedziela, 28 sierpnia 2011
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||